Dlaczego warto oceniać książkę po okładce?

Dlaczego warto oceniać książkę po okładce?


W połowie każdego roku Biblioteka Narodowa publikuje raport dotyczący ilości wydanych w uprzednim roku książek. Choć pandemia koronawirusa zahamowała wzrost ilości nowości wydawniczych w Polsce, to od wielu lat wynosi ona ponad 30 000 pozycji. Jak w tym gąszczu tytułów wybrać to, co będzie dla nas interesujące? Być może ocena książki po okładce będzie najlepszym sposobem.

W 2013 roku Patryk Mogilnicki założył na Facebooku stronę Kupiłbym tę książkę, gdyby nie okładka. Strona powstała ona w wyniku frustracji – Mogilnicki sam będąc ilustratorem nie mógł znieść widoku brzydkich okładek swoich ulubionych książek. Z założenia miała być to strona krytyczna, prezentującą w krótki i przystępny sposób to, co na Polskim i światowym rynku wydawniczym się nie udało. Autor śledził nie tylko koszmarki designu, ale także zbyt duże uleganie wpływom i „inspirowanie” się niektórych projektantów w swojej twórczości.

Z czasem w zalewie krytycznego spojrzenia pojawiły się jednak także przychylne recenzje, które znalazły swój finał w publikacji zawierającej rozmowy z najważniejszymi polskimi ilustratorami i projektantami: Książki po okładce. Jej okładka została zresztą przez wielu krytyków uznana za jedną z najlepszych z ubiegłego roku.

W ten sposób przechodzimy do sedna tego artykułu i przyglądniemy się najciekawszym okładką książek z ostatnich lat i ich autorom.

Fajne chłopaki
Chwytliwa nazwa grupy twórczej może być kluczem do osiągnięcia sukcesu. Jednak jeszcze lepiej, gdy za nią kryje się talent do tworzenia niesztampowych, prostych, ale nie nudnych projektów. Łukasz Zbieranowski i Maciej Lebiedowicz założyli swoje studio projektowe w Łodzi. Ich prace można od lat śledzić na koszulkach sklepu Pan tu nie stał, ale także właśnie na oprawach książek. Jedną z takich pozycji jest wydany w 2018 roku nakładem PIW-u Moby Dick. Oszczędna, graficzna forma nawiązuje do izolinii, wskazujących na mapach różnice poziomów. To subtelne odwołanie do geografii, podróży, poszukiwania przygód, nadaje okładce równocześnie dynamicznego charakteru, który idealnie oddaje treści i nerw powieści.

Inny charakter ma Śmierć w Rzece Kura Włodzimierza Spasowicza. Oprawa tego kryminału bazuje na znaku rozpoznawczym Fajnych chłopaków, czyli nawiązywaniu do typografii i wzornictwa PRLu. Font niczym z reklamy z lat 60., przygaszone kolory, tekturowy podkład z prostym, geometrycznym rysunkiem na pierwszym planie.

Marta Lissowska
Zdobyła główna nagrodę w plebiscycie Fundacji Polish Graphic Design na najlepszą okładkę książki 2020 roku za Dziewczynę i pistolet Agaty Pyzik. Książka ta jest w zasadzie esejem wizualnym, w którym co druga rozkładówka zawiera fotografie i kolaże Pyzik, które dobrane i podporządkowane zostały koncepcji Lissowskiej. Obwoluta utrzymana w błękicie i ochrze nadaje kolorystykę całej publikacji. Jej koncept opiera się na połączeniu pejzażu wysp kanaryjskich, gdzie rozgrywa się narracja książki, z kobiecą twarzą, która wychodzi na pierwszy plan po zdjęciu obwoluty. Wtedy na niebieskim tle rysują się już tylko wygrawerowany na złoto tytuł oraz schematyczne usta i oczy postaci-narratorki.

Ola Niepsuj
W świecie polskiej ilustracji panuje parytet. Kobiecy głos jest tu tak samo wyraźny, jak męski. Niepsuj jest w nim wyraźną propagatorką stylu retro, który swobodnie czerpie z tradycji Polskiej szkoły plakatu, łącząc go z prostymi, nieco figlarnymi formami. „Lubię bawić się teksturami, umieszczać fragmenty odmiennych światów w nowym kontekście, wymyślać nowe postaci i niemożliwe sytuacje. Na przykład, wyciąć coś na kształt rzeźby barokowej ze starego zdjęcia kłębiastych chmur czy posadzić słonia na rowerku” mówi Niepsuj o swojej metodzie projektowania. Dzięki temu jej projekty mają w sobie dużo lekkości i swobody, a rękodzielnicze podejście do designu (większość projektów jest wykonywana analogowo, a następnie skanowana) sprawia, że każda z realizacji jest całkowicie niepowtarzalna.

Być może to podejście sprawiło, że ilustracja jej autorstwa zdobi okładkę książki Nowa polska ilustracja. Rysunkowy styl Niepsuj sprawdził się także na okładce Jadłonomi po polsku, jednej z najpopularniejszych książek kucharskich ostatnich lat.

Bękarty
Kolejny tandem w polskim projektowaniu graficznym. Krzysztof Ignasiak i Marcin Matuszak tworzą zarówno bardzo klasyczne projekty opraw, oparte na pojedynczej fotografii i współgrającej z nią typografii, a także bardziej minimalistyczne, oparte na jednolitym kolorze okładki i pojedynczym, strukturalnym motywie.
Katalog prac Piotra Korzeniowskiego ma mocny, wyrazisty kolor dzięki żółtej obwolucie, sama okładka bowiem nawiązuje łagodnie do reprodukowanych wewnątrz publikacji prac artysty.

Tandemem do Singapuru. Dziennik z podróży to natomiast seria czterech książek zawierających zapis wyprawy Aleksandra i Karoliny Klajów. Okładki zawierają zdjęcia autorów dziennika. Ich dobór, a także dopasowanie fontu i układu tekstu, aby współgrał on z lekko melancholijnym charakterem fotografii udowadnia, że nawet z pozoru prosty projekt okładki niesie za sobą decyzje rzutujące na odbiór książki.

Stworzenie okładki książki jest dla projektanta nie lada zadaniem. Musi bowiem oddać jej treść, podporządkować się w pewien sposób dziełu literackiemu, przy równoczesnym oddaniu tego, co w tym dziele najistotniejsze. Opowiedzieć jednym widokiem historię, ale jej nie przegadać. Zadbanie o dobrą okładkę może być dla wydawnictwa zagraniem czysto marketingowym, ale może być także manifestacją dbania o każdy szczegół publikacji. Jeżeli zatem wydawca z taką pieczołowitością podchodzi do wizualnych aspektów woluminów, to możemy mieć pewność, że książka warta jest wzięcia jej ze sklepowej półki.

Źródła materiałów graficznych:
https://www.facebook.com/kupilbymteksiazke/photos/p.3900194513413909/3900194513413909/?type=3
https://www.karakter.pl/ksiazki/ksiazka-po-okladce
https://fajnechlopaki.com/kopia-budowniczy-ruin
https://fajnechlopaki.com/smierc-w-rzece-kura
https://www.restameta.com/PL/Kraków/989828047700199/Księgarnia—Wystawa#gsc.tab=0
https://label-magazine.com/sztuka/artykuly/sadzajac-slonia-na-rowerku-rozmowa-z-ola-niepsuj
https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133294/jadlonomia-po-polsku
https://www.behance.net/gallery/61096445/Piotr-Korzeniowski
http://bekarty.pl

Data publikacji: 04.07.2022 r.
Autorka tekstu: Katarzyna Wincenciak

Przeczytaj także…

Czy to już Matrix?

Czy to już Matrix?

Zacznijmy od wyjaśnienia kilku terminów, bez których trudno będzie się obejść przy czytaniu tego artykułu. Na początek hasło „Matrix” dla ludzi, którzy jakimś cudem nigdy nie mieli styczności z trylogią Matrix. Otóż w filmie świat rzeczywisty, który znamy jest jedynie symulacją, systemem trzymającym pod kontrolą ludzi, faktyczny świat jest natomiast dużo bardziej ponurym miejscem, opanowanym przez maszyny. Następnie „AR” i „VR” znaczące kolejno „augmented reality”, czyli rzeczywistość rozszerzoną oraz „virtual reality” – rzeczywistość wirtualną. Przykładem tego pierwszego może być choćby gra mobilna Pokémon GO, w której poprzez kamerę telefonu można zobaczyć w swoim otoczeniu znane kieszonkowe potworki, a nawet wejść z nimi w interakcję. Z kolei przykładem wirtualnej rzeczywistości może być PlayStationVR od firmy Sony, czyli hełm pozwalający grać w gry w rzeczywistości wirtualnej.

To właśnie o te trzy hasła będę się opierał starając się odpowiedzieć na jedno, istotne w trzeciej dekadzie XXI wieku, pytanie: Czy żyjemy w Matrixie?

Najpierw jednak warto przyjrzeć się gatunkowi science fiction. Różni twórcy snując wizje potencjalnych przyszłości, bądź budując całkowicie nowe, futurystyczne wszechświaty byli w stanie przewidzieć rozwój technologii, który miał miejsce nawet kilkadziesiąt lat później. Najstarszym przykładem, który przychodzi mi na myśl, jest film Metropolis sprzed prawie stu lat, a konkretnie z roku 1927. Już w nim pojawia się koncepcja człekopodobnego robota lub, jak kto woli, androida, a przecież współcześnie roboty przypominające ludzi wciąż jeszcze są dalekie od faktycznego podobieństwa do przedstawicieli Homo Sapiens. Następnym przykładem ukazującym ogrom niesamowitych technologii jest film Łowca Androidów z 1982 r., w którym oprócz tytułowych androidów pojawia się choćby motyw przybliżania fragmentów zdjęcia z obłędną wręcz precyzją. Najbardziej kultową serią sci-fi wydają mi się oczywiście Gwiezdne Wojny – pierwsza część ukazała się w 1977 roku. Przedstawione w nich wielkie, człapiące maszyny bojowe, czy choćby pocieszny R2D2 nadal wydają się koncepcjami odległymi w czasie. Natomiast holograficzne rozmowy odbywające się między członkami Rady Jedi zawitały już w naszej rzeczywistości, w formie rozmów na Zoomie czy Microsoft Teams. Film Player One kreuje świat, gdzie ludzkość w znaczącym stopniu przenosi swoje życia do wirtualnej rzeczywistości. Trylogia Matrix również snuje wizje futurystycznej technologii, dzięki której jest możliwe symulowanie funkcjonowania całego świata. Ze wszystkich podanych tu przykładów najbardziej chciałbym skupić się na dwóch ostatnich i na motywie je łączącym – wirtualnej rzeczywistości.

Wydawać by się mogło, że jest to jeden z najodleglejszych dla nas motywów poruszanych przez wizjonerów popkultury. Jednak VR jest obecnie głośnym tematem, zwłaszcza dzięki wypowiedziom firmy Meta (dawniej Facebook) na temat swojego Metaverse, czyli wirtualnego świata, który mógłby zrewolucjonizować nasz sposób życia, a przede wszystkim korzystania z Internetu. Wspomniany wcześniej film Player One w reżyserii Stevena Spielberga zdaje się świetnie unaoczniać wszelkie wątpliwości, jakie budzi w ludziach ta futurystyczna koncepcja. W filmie to właśnie rzeczywistość wirtualna jest miejscem jakichkolwiek interakcji między ludźmi, którzy w rzeczywistości siedzą w swoich domach z ubranymi na głowy goglami VR. Wirtualny świat staje się praktycznie jedynym miejscem funkcjonowania dla zdecydowanej większości mimo bycia tak samo surowym i brutalnym (jeśli nie bardziej), od jego fizycznego odpowiednika. Problem kontroli przez system pokazuje w podobnym kontekście wspomniany już film Matrix, co analogicznie może przełożyć się na rzeczywistość Metaverse (kontrolowanego w końcu przez jedną korporację).

Kolejną rzeczą zyskującą od pewnego czasu na popularności, która być może zbliża nas do życia w matrixie, jest rozszerzona rzeczywistość. Gry mobilne, takie jak wspomniane wcześniej Pokémon GO czy Harry Potter: Wizards Unite oraz The Witcher: Monster Slayer bardzo wdzięcznie pokazują możliwości nadbudowywania realnego świata na potrzeby rozrywki. W końcu, kto nie chciałby zostać trenerem Pokémona, czarodziejem z Hogwartu lub Wiedźminem zwalczającym niebezpieczne bestie? We wszystkich trzech wypadkach od spełnienia swoich dziecięcych marzeń (chociaż ja nadal marzę o zostaniu sławnym trenerem Pokemonów), dzieli nas w tym momencie ściągnięcie jednej aplikacji. Potem wystarczy już tylko iść na spacer z telefonem w dłoni.
Rozszerzona rzeczywistość zyskuje też na popularności w świecie sztuki. Artystka Piper ZY, której twórczość udało mi się znaleźć na TikToku, tworzy różnorakie dzieła w rzeczywistości rozszerzonej, od animowanych tipsów na paznokcie, po wirtualne ubrania. W 2022 jej dzieło, dzięki współpracy z firmą Meta oraz organizatorami festiwalu Coachella pojawiło się jako specjalny filtr na Instagramie pozwalający „założyć” wirtualne okulary inspirowane klimatem festiwalu. W Polsce natomiast Justyna Górowska eksperymentowała z koncepcją AR w swojej wystawie Brzeginki, na której pojawił się szereg wirtualnych rzeźb.

Na podstawie powyższych przykładów uważam, że odpowiedź na tytułowe pytanie „czy żyjemy w matrixie?” powinna brzmieć: nawet jeśli jeszcze nie, to jest to tylko kwestia czasu. Fizyczna rzeczywistość coraz mocniej miesza się z rzeczywistością wirtualną, czy to przez wirtualne dzieła sztuki, gry w technologii AR, czy nawet przez wideokonferencje i wiadomości wysyłane przez Internet. Trudno jest wyobrazić sobie codzienne funkcjonowanie bez tak licznych udogodnień pozwalających nam być w stałym kontakcie z innymi.

Warto tu jeszcze, na sam koniec, przyjrzeć się wizji przyszłości jaką snuje gra Cyberpunk 2077 autorstwa CD Projekt Red. W wykreowanej przez nich rzeczywistości w nurcie gatunku cyberpunk zaawansowanie technologiczne pozwala już choćby na modyfikację ludzkiego ciała i zastępowanie jego elementów robotycznymi zamiennikami pozwalającymi lepiej widzieć, biegać, skakać czy uderzać. Wydawałoby się, że świat, w którym człowiek przekracza możliwości swojego ciała jest utopią, miejscem idealnym. Jednak ta sama technologia, która jest w stanie uratować komuś życie, czy w niesamowity sposób zwiększyć ludzkie możliwości w jakiejkolwiek dziedzinie, należy do kilku ogromnych korporacji. Fakt ogólnoświatowego uzależnienia od ich wynalazków sprawia, że władają one nad światem, a ludzie już i tak korzystający z ich usług, nie mają żadnego wpływu na otaczającą ich rzeczywistość, a niekiedy nawet na własne, zmechanizowane części ciała. Ta ponura wizja uzależnienia od technologii przypomina mi się bardzo często, gdy słyszę o kolejnych technologicznych nowinkach (tym bardziej jeśli mowa tu o tworzeniu własnego cyber-świata… przez ogromną korporację…).

Być może jednak rzeczywistość pokaże fikcji, że była w błędzie? Pozostaje nam jedynie rozważnie balansować pomiędzy światem rzeczywistym i wirtualnym nie wpadając w pułapki tego drugiego. Myślę, że nam się uda!

Źródła materiałów graficznych:
https://www.gamespot.com/amp-articles/pokemon-go-is-getting-a-better-ar-mode/1100-6455762/
https://www.youtube.com/watch?v=VGzfZRyS7B0
https://www.instagram.com/piper.kj/
https://justynagorowska.com/Brzeginki
https://www.starwars.com/news/6-ways-holograms-play-an-important-role-in-star-wars
http://thebigpicturemagazine.com/fashion-film-suit-acting-and-android-fashion-in-metropolis/
https://www.eurogamer.pl/cyberpunk-2077-johnny-silverhand-keanu-reeves-kim-jest-w-grze
https://www.reddit.com/r/cyberpunkgame/comments/hfpl3s/what_do_you_guys_think_about_the_reveal_of_adam/
https://www.youtube.com/watch?v=gElfIo6uw4g

Data publikacji: 5.05.2022 r.
Autor tekstu: Łukasz Maciaszkiewicz

Przeczytaj także…

Małe jest piękne

Małe jest piękne

W marcu 2011 roku około 70% powierzchni japońskiego miasta Rikuzentakata zostało zniszczone przez falę tsunami, wywołaną trzęsieniem ziemi. W odpowiedzi na tę tragedię grupa architektów z Toyo Ito (zdobywca nagrody Pritzkera z 2013 roku) na czele zaprojektowała dla miasta „Dom dla wszystkich” – dwupiętrowy pawilon, który miał pełnić funkcję miejsca spotkań, odpoczynku i regeneracji sił, potrzebnych mieszkańcom do odbudowy zniszczonych domów. Ito pracował nad nim wraz z Kumo Inui, Sou Fujimoto i Akihisa Hirata. Stworzona przez nich niewielkich rozmiarów konstrukcja, kojarząca się z tymczasowością, udowodniła, że to nie megalomańskie realizacje dla chociażby krajów Bliskiego Wschodu, a właśnie niepozorne realizacje, są współcześnie najbardziej interesujące.

Dom dla wszystkich wygląda niezwykle, zupełnie niepodobnie do konstrukcji, które kojarzymy ze współczesnej architektury. Pozbawiony blichtru wygląda raczej jak domek na drzewie niż dzieło jednego z najważniejszych współczesnych architektów. Co zatem sprawia, że stał się on tak szeroko komentowany i… podziwiany? Projekt Domu dla wszystkich zyskał bowiem nie tylko uznanie lokalnej społeczności, ale także świata architektury, zdobywając Złotego Lwa na 13 Biennale Architektury w Wenecji. Udowodnił tym samym, że znaczenie dla współczesnej architektury mają budynki, które „działają”, czyli mają realny wpływ na poprawę sytuacji społecznej. Sam wygląd czy budowa z supertrwałych, nowoczesnych materiałów zeszły na drugi plan. Dom był natomiast dokładnie tym, co było potrzebne: wzniesioną szybko budowlą, która pozwoliła na zaspokojenie najpilniejszych potrzeb. Realizacja Toyo Ito to dobra architektura, która nie dominuje, a współgra z oczekiwaniami ich użytkowników. Jej budowa oznaczała nie tylko wznoszenie budynku, ale także budowę relacji międzyludzkich w obliczu kryzysu. Proste, tanie rozwiązania i korzystanie z lokalnych materiałów niosły za sobą także funkcjonalność i otwartość na zaadoptowanie ich do indywidualnych potrzeb.

Budynek w Rikuzentakata był pierwszym tego typu, ale nie ostatnim. Sprawdził się, zatem w kolejnych miejscowościach, które także dotknięte zostały trzęsieniem ziemi i tsunami, wybudowano jego alternatywne wersje.

Realizacja w nadmorskim kurorcie Miyatokjima pełniła funkcje pawilonu z salonem i tarasem, wpisanych w okrąg. Niski, parterowy budynek dużo bardziej wpisywał się w tradycyjną japońską architekturę niż domek na drzewie. Także w nim zastosowano jednak materiały, jak blacha falista, które pozwoliły na szybkie wzniesienie zabudowań. Budynek ten stał się naturalnym przedłużeniem zwyczaju wznoszenia pawilonów do picia herbaty, w których nacisk położony był na wspólne doświadczanie posiłku. Obok tej centralnej budowli powstało także patio na plaży, w której mogli się schronić lokalni rybacy i ludzie odpoczywający na plaży.

Można powiedzieć, że Toyo Ito tworząc Domy dla wszystkich mierzył się z tradycją takiego budownictwa. To bowiem nie pierwszy raz, gdy architekci reagują na rodzaj kryzysu społecznego. W latach 40. Jeden z głównych przedstawicieli modernizu w architekturze, Jean Prouvé, stwierdził, że jego wymarzony dom to ten, zbudowany w fabryce. Tak powstały domy przeznaczone między innymi dla wojennych uchodźców, którzy stracili wszystko w trakcie II Wojny Światowej. Mające jedynie 36 metrów kwadratowych, demontowalne stalowo-drewniane domy mogły być wzniesione w ciągu jednego dnia. Choć powstało ostatecznie jedynie kilka egzemplarzy, projekt Prouvé przeszedł do historii. Kolejne realizacje szybkich, mobilnych domów wykonywał z użyciem aluminium.

Słysząc „aluminium” współcześnie mamy przed oczami blaszak pokryty blachą falistą. Projekty Prouvé udowadniają jednak, że w tych tanich, powszechnych materiałach także można tworzyć doskonałą architekturę, zwłaszcza, gdy zwraca się uwagę na detale i funkcjonalność. W połączeniu z zaprojektowanymi przez niego meblami, wnętrza aluminiowych domów Prouvé prezentują wysmakowany, użytkowy styl, a przede wszystkim odpowiadały na najpilniejsze potrzeby powojennego świata.

Źródła materiałów graficznych:
http://architectuul.com/
https://en.wikiarquitectura.com/
https://urbannext.net/
https://www.patrickseguin.com/

Data publikacji: 22.04.2022 r.
Autorka tekstu: Katarzyna Wincenciak

Przeczytaj także…


Architekci i ich rysunki cz. 1

Szkicowniki architektów. Jak wygląda szkicownik projektanta?

Jak wygląda szkicownik projektanta?


Podziwiając otoczenie stworzone przez architektów dostrzegamy sam efekt końcowy. Ostatnią starannie wyselekcjonowaną i wyrzeźbioną formę. Chcąc zgłębić się bardziej, poznać drogę, jaką przebył projektant, musimy wrócić do momentu czystej koncepcji. Momentu wolnego od zasad konstrukcji czy fizyki, w którym liczyła się sama wyobraźnia. Jeszcze przed obliczeniami i rozważaniami.

Czyli wizja przelana na kartki papieru.

Zanim zaczną się inne procesy (najpierw projektowe, a potem realizacyjne) bazą budynku jest idea. Stojąc w przestrzeni odbieramy ją każdym zmysłem. Nie inaczej jest w wyobraźni. Początkowo budynek to zbiór emocji, zapachów czy kolorów. Dopiero później zaczyna nabierać kształtów – niewyraźnych i rozmytych, aby następnie przybierać konkretną formę. Kolejne etapy są już realizowane poza naszą wyobraźnią, zaczynając od szkiców. To jak je wykonamy ma istotny wpływ na dalszą część projektu. Szkic jest pierwszym krokiem w kierunku budynku, uchwyceniem jego pierwszej idei czy koncepcji. Jest on narzędziem, które ma ułatwić nam proces kreowania pomysłu. Każdy myśli i analizuje inaczej, dlatego forma jest dowolna – nie ma jednego przepisu na poprawnie wykonany szkic. Niektórzy tworzą całe obrazy, a inni wykonują parę szybkich ruchów pisakiem i to im wystarcza. Skutkiem tego jest prawie całkowity zanik granicy między szkicem, a właściwym rysunkiem. Jest ona określona tylko umownie, lecz warto pamiętać, że są to dwa różne pojęcia. To co jest rysunkiem nie zawsze jest szkicem, ale szkic zawsze jest rysunkiem.

Szkic koncepcyjny wykorzystywany jest w zawodzie architekta, aby szybko i efektywnie przedstawić klientowi ogólny zamysł projektu. Zazwyczaj poprzedza on właściwy rysunek.

To talent urealniania trójwymiarowej myśli w szybki, zręczny sposób.

Przyglądnijmy się więc szkicownikom światowych architektów.

Santiago Calatrava

Calatrava to Hiszpański architekt znany z projektów dworców i przystanków. Formy, jakie tworzy są dynamiczne, nieco kosmiczne oraz futurystyczne. Potrafi tchnąć w martwą konstrukcję życie, jednocześnie zachowując jej pierwotną funkcjonalność, a nawet nadając nową.
Szkice S. Calatrava są proste, bez zbędnych urozmaiceń. Często stosuje symbolicznie kolor, aby podkreślić elementy rysunku. Używa zmiennej grubości linii oraz szrafu, dzięki czemu nadaje efektu trójwymiarowości.

Zestawiając budynek Turning Torso z jego szkicami koncepcyjnymi, widzimy jak długą drogę przebył, aby dojść do finałowej formy.

Patrząc po raz pierwszy na tę bryłę, czujemy, że jest proporcjonalnie idealna, miła dla oka, a po pewnym czasie także byśmy doświadczyli jej funkcjonalności. Zaskakujące jest to, że jej geneza jest nam bliższa niż mogłoby się wydawać. S. Calatrava zainspirowało ludzkie ciało. Tak – tworząc strukturę martwą, budynek, który kojarzy nam się często z prostokątnymi zabudowami – architekt postanowił wyjść z żywej formy człowieka. Taka inspiracja narzuca idealne dla nas proporcje oraz wymiary konstrukcji, dodatkowo ruch nadany formie sprawia, że staje się ona ciekawa, żywa i dynamiczna. Architekt naszkicował korpus, sylwetkę mężczyzny w ruchu (widoczną z boku lekko przekręconą w naszą stronę). W ten sam sposób narysował bryłę, nakreślając jej moduły – horyzontalne podziały, podobne do żeber z pierwszego rysunku. Umieścił także konstrukcję imitującą kręgosłup, wspierającą budowlę. Ujęcie obu szkiców, które ograniczają się do prostych konturów oraz światłocienia nadającego przestrzenności, jest z tej samej perspektywy. Inne szkice Calatrava są tworzone w bardzo podobny sposób. W tym wypadku nieco bardziej precyzyjne, ale nadal ograniczają się głównie do obrysu i lekkiego szrafu. Projektant pokazuje najważniejsze ujęcia tłumaczące koncept, używa okazjonalnie koloru lub rysuje kontekst w postaci otoczenia.

Natomiast w innych ilustracjach żongluje barwami (mimo, że nadal ograniczonymi), ale tym razem traktując je jako bazową część szkicu. Nie tylko nawiązują one do materiałów i techniki wykończenia struktury, ale wpływają na odbiór projektu. Wywołują emocje, skojarzenia oraz pobudzają wyobraźnie. Calatrava dobiera rozsądnie ujęcia oraz kąt patrzenia, pokazuje bryłę z najważniejszych stron. Wybiera tylko to, co ma znaczenie i w zależności od projektu szkicuje kontekst, dodaje kolorów bądź zieleni, albo robi parę rysunków „od inspiracji do pomysłu”. Niekiedy całość uzupełnia notatkami.


Frank Gehry

Prędkość, z jaką myślimy oraz jak szybko te myśli się ulatniają, często utrudnia przelanie pomysłów na papier. Wyobrażane obrazy oraz przestrzenie są ruchome, przenikają się i przekształcają. Zamknięcie ich w stałej formie może być przeszkodą. Szczególnie że podczas rysowania wychodzi wiele absurdów początkowo spójnych idei. Problemem może okazać się to, że nasze myśli często przypominają abstrakcyjne obrazy, poskładane z różnych kształtów, kolorów i wzorów. Aby przeformułować je na projekt, musimy połączyć te wizje z zasadami konstrukcji, matematyką i fizyką.

Te szkice, wydają się czytelne tylko dla autora. Być może szybkość ich ekspozycji wynika z burzy myśli, o której wyżej wspominałam lub łączy się ściśle z aspektem artystycznym. Nie tracą jednak na niczym. Co więcej – otwierają się na różne interpretacje.
Gehry odrzucił w nich perspektywę, fizykę oraz inne charakterystyczne dla architektury kwestie tak, aby na tym etapie nie wpływać na sam pomysł. Przekaz ma być bezpośredni, czysty – jeszcze nie zmodyfikowany poprzez wytyczne i zasady.

Porównując rysunki Gehry’ego do gotowych budynków doskonale widać, jak ich forma wpłynęła na całość oraz przełożyła się na efekt końcowy.

Szkice Gehry’ego charakteryzują się odrzuceniem prostych krawędzi na rzecz falujących, rozpływających się form. Prace odznaczają się nieszablonowością i lekkością. Pierwsze, co rzuca się w oczy to szybkość, ulotność i emocjonalność. Przypominają parafkę autora.

Kengo Kuma

Kengo Kuma to japoński architekt rozpoznawalny na całym świecie. Jego projekty bazują na tradycyjnych japońskich wzorcach przekształconych tak, aby odpowiadały współczesnych wymaganiom.

Szkice K. Kuma mają formę podobną do rysunków Gehry’ego. Choć wydają się prostsze i bardziej minimalistyczne, odczytanie całości idei jest o wiele trudniejsze. Zachowują one tylko dominujący aspekt obrazu – uogólniony, przedstawiony w jednej formie pomysł. Bez zbędnych szczegółów czy zawiłości. Rysowane jako plama, bez konieczności nadania wymiarowości, po ominięciu światłocienia, a nawet konturu. Mimo to nadal trafiają „w punkt”.

K. Kuma w swoich szkicach nie używa kolorów lub robi to bardzo sporadycznie. Przybierają one formę szybkich ruchów ołówkiem. Stosuje on szybkie linie o różnych kierunkach (być może imituje to podziały na elewacji, tym sposobem różnicuje powierzchnię) oraz nacisku ołówka (zaznaczenie detali i formy).

Daniel Libeskind

Architekt i wirtuoz. Urodzony w Łodzi. Jego projekty są ostre. Kontrastują one z otoczeniem, nieco przypominające swoim kształtem rzeźbę.

Nie będzie więc zaskoczeniem, że jego szkice, tak samo jak architektura, są „drapieżne” i techniczne. Mało w nich malarskich cech, są rysowane prostymi liniami. Choć mnogość linii może sprawiać wrażenie chaosu i zagubienia rysunki są czytelne. D.Libeskind w swoich projektach posługuje się grubością obrysu oraz okazjonalnie kolorem. Podkreśla bliższe krawędzie oraz dominanty. Kolory, których używa są kontrastujące, agresywne – np. czerwony. Pojawia się również szraf w ciemniejszych miejscach oraz jako zarys tła. Oprócz tego architekt rysuje również mniejsze, schematyczne rysunki poprzedzające te bardziej szczegółowe. Trzymają one pomysł w ryzach oraz nadają właściwy tor.

Oprócz tradycyjnych szkiców architekt jest obyty z wieloma technikami. Stosuje w swoich pracach akwarelę czy atrament. Tworzy także bardziej rozbudowane grafiki – wykonane z dbałością o detale, zachwycają swoją szczegółowością.

D.Libeskind stworzył zestaw prac badających relacje pomiędzy architekturą, a muzyką. Jego zainteresowanie wieloma dziedzinami pomogło spojrzeć na bryłę z innej perspektywy. Lubi eksperymentować i łączyć ze sobą nieoczywiste rzeczy. Rysunki z zestawu charakteryzuje ekspresja oraz abstrakcja, odznaczają się dużą ilością linii, zróżnicowaniem kolorystycznym oraz grubością konturów. Nawiązują one do idei odczuwania architektury innymi zmysłami jak np. słuchu. Szczególnie doświadczają tego osoby niewidome, które mimo swojej niepełnosprawności potrafią ocenić wielkość, a nawet wysokość pomieszczenia, w którym się znajdują. Analizy te miały znaczący wpływ na jego późniejsze projekty.

Norman Foster

Norman Foster, czyli miłośnik „wysokich budynków”. W swoich projektach szuka równowagi pomiędzy pięknem i funkcjonalnością, a wygodą. Jako głównego materiału wykończeniowego w swoich projektach używa stali i szkła.

Mówi się, że Norman Foster zawsze bierze ze sobą ołówek i szkicownik. Tak, aby zawsze był pod ręką, gdyby nagle przyszedł mu do głowy nowy pomysł. Nie patrząc na to, czy to prawda lub nie, z pewnością jest to cenna rada dla młodych projektantów. Szkicowanie rzeczywistości w ruchu to bardzo wartościowa lekcja. Nosząc ze sobą potrzebne przyrządy, możemy przeznaczyć zdecydowanie więcej czasu na dopracowywanie szczegółów rysunku, a co najważniejsze jesteśmy gotowi na utrwalenie naszych nieoczekiwanych pomysłów.

Szkice Foster’a charakteryzuje wrażliwość i delikatność. Patrząc w ich kierunku można odnieść wrażenie, że drgają. Jest to spowodowane falowanymi, niepewnymi pociągnięciami ołówkiem. Widać w nich wprawę architekta – w odbiorze są lekkie i czytelne. Autor w niektórych rysunkach stosuje kolor oraz szraf. Stara się przekazać nie tyle samą wizję, a także założenia projektu. Często do swoich rysunków dodaje krótkie notatki. W swoim życiu stworzył ogromną liczbę szkiców, które teraz można kupić w formie szkicownika.

Szkicowniki architektów są nieskończonym źródłem inspiracji. Pozwalają nam lepiej zrozumieć charakter późniejszych projektów oraz są dla nas źródłem bezcennej wiedzy. Ucząc się na przykładzie znanych architektów oraz samemu eksperymentując (do czego gorąco zachęcamy!) kreujemy nasz własny styl tworzenia. W kolejnym artykule zaglądniemy do bardziej zaawansowanych prac twórców.

Źródła materiałów graficznych:
Santiago Calatrava:
https://en.wikiarquitectura.com/building/hsb-turning-torso/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Turning_Torso
https://www.researchgate.net/figure/Santiago-Calatrava-Project-for-the-railway-station-at-the-Satolas-airport-in_fig6_268872013
https://www.flickr.com/photos/auditoriodetenerife/6751901119
https://pl.public-welfare.com/4265962-architect-santiago-calatrava-and-his-famous-projects
Frank Gehry:
https://publica.pl/teksty/snobizm-na-kulture-41927.html
https://ownetic.com/news/2010/03/29/archfilmfest-wiosna-2010-torun/
http://exspace.pl/articles/show/1193
https://www.architecturaldigest.com/gallery/best-of-frank-gehry-slideshow
Kengo Kuma:
https://www.whitemad.pl/architekt-kengo-kuma-i-jego-tworczosc-ruszyla-wystawa-w-krakowie/
https://www.moma.org/artists/44528
https://drawingmatter.org/writing-prize-2020-smudgy-logic-a-short-story/
https://www.gjf.cz/archiv/kengo-kuma-woven/?lang_code=en
Daniel Libeskind:
https://libeskind.com/work/chamber-works/
https://www.archilovers.com/stories/2650/never-say-the-eye-is-rigid-architectural-drawings-of-daniel-libeskind.html
https://www.dezeen.com/2013/02/28/architectural-drawings-by-daniel-libeskind-at-ermanno-tedeschi-gallery/
http://fineartdrawinglca.blogspot.com/2017/02/the-drawings-of-daniel-libeskind.html
Norman Foster:
https://architectureforbreakfast.wordpress.com/tag/norman-foster/
https://masdearte.com/two-hundred-drawings-draw-us-into-the-creative-universe-of-norman-foster/
https://www.normanfosterfoundation.org/publications/norman-foster-sketchbooks-1975-2020/
https://www.westwing.pl/inspiration/trendy/architekci/norman-foster/

Data publikacji: 16.03.2022 r.
Autorka tekstu: Paulina Kogut

Przeczytaj także…

Rozmowa z Gosią Śmietaną

Absolwenci Szkoły Rysunku Zalubowski –
rozmowa z architektką Gosią Śmietaną

[W zawodzie architekta] Każdy dzień jest inny. Rutyną jest wstać rano, dojechać do pracy a tam zrobić sobie kawę. Architekt każdego dnia rozwiązuje inne problemy, generowane przez przeróżne czynniki. Każdy projekt jest inny bo tworzy się go w nowych uwarunkowaniach lokalnych i prawnych. Uważam, że taki „typowy dzień” nie istnieje. Ten zawód jest kreatywny i wszechstronny, ale również nieprzewidywalny – i za to go lubię.

Gosia Śmietana

Zapraszamy do przeczytania niezwykle inspirującego wywiadu z architektką Gosią Śmietaną. Gosia jest absolwentką naszej Szkoły Rysunku, gdzie pracowała także jako nauczycielka rysunku architektonicznego.

Continue reading „Rozmowa z Gosią Śmietaną”

Sztuka uliczna Paryża

Sztuka uliczna Paryża

Paryż. Miasto pełne przepięknych zabytków, kawiarni, zaułków i galerii. To także dom wielu artystów ulicznych, tworzących swoje dzieła na każdym możliwym skrawku miasta. W zeszłym roku, odwiedzając Francję, zwróciłam właśnie na nich swoją uwagę – bo choć kolekcja zawarta w Luwrze niewątpliwie robi wrażenie, to właśnie żywa sztuka ulic najmocniej przykuwa nasz wzrok.

Continue reading „Sztuka uliczna Paryża”

Tato, ta książka była fajna!

Tato, ta książka była fajna! – powiedziała 6 letnia Maja, kiedy zobaczyła na moim stole „Którędy do Yellowstone”

Mówi się o dzieciach, że są świetnymi recenzentami dedykowanych dla siebie produktów. Ich opinie, a właściwie reakcje, są zupełnie szczere, spontaniczne i nieuprzedzone. Zauważyłem, że wielu rzeczy, które stworzono dla Nich nie rozumiałem do czasu aż sam nie stałem się rodzicem. Tak było ze świnką Peppą, która drażniła mnie swoim charakterem do czasu aż nie zacząłem jej oglądać z moją dwu i pół letnią wówczas córką. Na pewnym etapie, swojego dzieciństwa trwającym może nawet ok. 2 lat, Maja zawsze wybierała Peppę z obszerniejszej listy innych bajek, a potem to samo robił młodszy o dwa lata Filip. Później, poza faktem upodobania przez dziecko, doceniłem w tej produkcji także typ obrazu, specyficzną uproszczoną i luźno stosowaną perspektywę, prostotę profili postaci np. to, że oczy są po tej samej stronie głowy, teksty okraszone wybornym, ale dyskretnym poczuciem humoru i idealnie rozwijającą akcję fabułę. W końcu z zachwytem uznałem tę bajkę za wybitną dedykację dla dzieci. Dopiero obserwując reakcję mojej dwójeczki – Mai i Filipa na rozmaite stworzone dla dzieci utwory, jestem w stanie ocenić poziom talentu ich twórców.

Którędy do Yellowstone czytaliśmy Mai dwa razy, drugi raz już na Jej prośbę, co jest chyba wystarczającą recenzją, biorąc pod uwagę książkę o charakterze edukacyjnym. Czytanie było rozpisane na wiele wieczorów. Nasza córka sama prosiła o czytanie kolejnych rozdziałów przygód Uli i Kuby podróżujących po Narodowych Parkach Świata.

Yellowstone to nie pierwsza książka popularno-naukowa, która zastąpiła nam zwyczajowe wieczorne bajki. Od dawna już myślę, że to naprawdę dobry czas dla rozwoju najmłodszego pokolenia, jeśli tworzy się dla niego takie książki zamiast zapamiętanych przeze mnie z własnej szkoły nudnych podręczników, co więcej jeśli one stają się tak jak w tym przypadku szkolnymi lekturami.
Sam pamiętam ile uwagi w dzieciństwie poświęciłem atlasowi historycznemu ilustrowanemu przez Szymona Kobylińskiego. W latach 80 minionego wieku był on jednym z pierwiosnków trendu, który dziś jest już powszechny i ubiera wiedzę, w komiksowe szaty. Rysunki atlasu Kobylińskiego umieszczone na marginesach map, budziły mój dziecięcy zachwyt i wprowadzały w świat opisywanych epok historycznych. Było ich niewiele, ale długo patrzyłem w ich kierunku w poszukiwaniu nowych detali. Stały się one atrakcją w szarym świecie, gdzie wszystko było deficytowe. Zatem idea Którędy do Yellowstone nie jest już nowa na rynku wydawniczym. Od wielu lat mamy komiksowe podręczniki. Przekładanie czasem bardzo poważnej wiedzy na język graficzny, rozluźnia przez to jej formę i zwiększa atrakcyjność dla młodych odbiorców. Infografiki, rysunek narracyjny, komiks, postmodernistyczna ilustracja tworzą całkowicie nowe formy i komfort przyswajania tych treści.

Małżeńska spółka autorska Daniela i Aleksandry Mizielińskich przyzwyczaiła nas już do niezwykle udanych publikacji. Są przecież autorami ogólnoświatowego sukcesu wydawniczego jaki odniosły Mapy czy fenomenalnej serii Mamoko, byli nagradzani za m.in. Co z Ciebie wyrośnie czy D.O.M.E.K. Ich książki przetłumaczono na ponad 30 języków dzięki czemu są jednymi z najbardziej wartościowych ambasadorów polskiej kultury na świecie.
Którędy do Yellowstone utrzymuje się w konwencji graficznej stosowanej wcześniej przez Mizielińskich. Harmonie barw podane są jak w każdej wcześniejszej pozycji w wyrafinowanych gamach. Książka jest barwna, ale nie epatuje zbyt krzykliwą kolorystyką. Kolor jest tu dodatkowym elementem interpretacyjnym, wyraża miejsce i jego cechy. Wzbudza on wrażenie palącego słońca i spiekoty w Namib Naukluft, gdzie indziej „ochładza” strony dedykowane Grenlandii. Obok treści dodatkowo działa na wyobraźnię czytelnika.

Ilustracje i komiksy rysowane są w sposób niezwykle prosty i bezpretensjonalny oraz dziecięcy. Korzeni ich stylu rysowania możemy doszukać się w twórczości jednego z największych mentorów polskiej ilustracji dla najmłodszych, zmarłego w roku 2019 Bohdana Butenki. Od Mizielińskich dostajemy jej piękną i uniwersalną aktualizację. Pamiętam kiedy pierwszy raz zetknąłem się z ich książką. Już nie wiem ile lat temu trzymałem w ręce Mamoko, zakupione w księgarni Muzeum Narodowego w Krakowie. Myślałem wtedy: jakie to proste i jakie trendy?! Yellowstone ma dokładnie te same cechy. Prostota i piękno tej książki urzeka w sposób uniwersalny – mnie jako grafika jak i ludzi nie mający nic wspólnego z plastyką.

Jeśli jednak ktoś nie ufa tej prostocie i chciałby podważyć warsztatowe umiejętności autorów to znajdzie tu także bardziej skomplikowane technicznie ilustracje, głównie te z atlasowych części książki poświęconych przyrodzie. Pojawiające się od czasu do czasu monochromatyczne rysunki zwierząt, pokazują nie tylko zakres możliwości graficznych autorów, ale głęboką świadomość zastosowania konwencji do obranych celów.
Wspomniana konwencja komiksu pojawiająca się w Którędy do Yellowstone staje się głównym silnikiem fabuły. Wpłynęła ona na całkowitą zmianę tradycyjnej architektury typografii stron. Poprzez komiksowe kadry, zróżnicowanie ich rytmu i proporcji, oko czytającego nie jest zmuszone do rytmicznej podróży od lewej do prawej strony lecz swobodnie wędruje w różnych kierunkach po zaskakujących strukturach kompozycyjnych. Każda strona jest inna i nowa. Oko jest prowadzone, szuka i nigdy się nudzi.
Dodatkowo zmienna proporcja komiksowych kadrów pozwala na różne graficzne zabiegi, szerokie panoramy ukazują bezmiary środowisk pustynnych, gęste od detalu strony tworzą materię lasu i dżungli. Mamy tu także mapy i rytmiczne niemal abstrakcyjne ujęcia charakterystycznych fragmentów przyrody. Fabuła książki jest czysto pretekstowa. Sympatyczny i jowialny żubr Kuba mieszkający w Puszczy Białowieskiej dostaje list od kuzynki Bizonicy Dakoty, mieszkanki Parku Yellowstone w Ameryce Północnej. List zawiera zaproszenie.

W szaloną podróż wyrusza jeszcze bystra i odważna wiewiórka o imieniu Ula. To ona rozwiewa wątpliwości i obawy żubra wobec trudności podróży. Inspirująca, przedsiębiorcza i praktyczna, wykorzystuje Internet i nowoczesne urządzenia elektroniczne do planowania podróży. Skład ekspedycji uzupełnia jeszcze zwerbowany przewodnik i doradca – gołąb Filip, wytrawny znawca cywilizacji ludzkiej dobrany z uwagi na swoje wcześniejsze municypalne doświadczenia. Dalej jest już tylko wariackie przemieszczanie się z kontynentu na kontynent. Razem z trójką przyjaciół zwiedzamy najpiękniejsze i najbardziej charakterystyczne Parki Narodowe Świata, a poza prostą, przygodową fabułą książka oferuje opisy przyrodnicze, historyczne oraz elementy dopasowanego konwencją graficzną do reszty zawartości atlasu przyrodniczego. A wszystko to doprawione doskonałym poczuciem humoru, jednocześnie familiarnym i wytwornym, utrzymanym w angielskim stylu. Postacie zyskują charakter mimo utrzymania dziecięcego charakteru fabuły. Wszystko jest niby na serio, ale wszędzie są dyskretne mrugnięcia oczu do czytelnika. Same historie parków, wplecione w fabułę, opowiadane przez napotykanych w nich mieszkańców, są ciekawe, ożywcze i pełne interesujących detali. Jakże dobrze się to czyta!

Rozerwanie tradycyjnej granicy pomiędzy przygodowym komiksem, a podręcznikiem lub materiałem popularno – naukowym otwiera tę pozycję na znacznie większy krąg potencjalnych czytelników. Zwłaszcza tych małych, dla których sama treść informacyjna nie byłaby wystarczająco atrakcyjna. Teraz mają oni raczej poczucie oddania czasu rozrywce niż nauce. Przyjemność obcowania z tą książką gwarantuje nie tylko większą przyswajalność jej treści, ale skłania dzieci do kilkukrotnego czytania. Później są już tylko same pozytywne tego skutki – wiedza, świadomość ekologiczna i wrażliwość na przyrodę.

Gwarantuję, że przy lekturze Którędy do Yellowstone nie powinien się nikt nudzić. Ani czterolatek ani jego tata, dziadek czy babcia zatrudnieni do czytania. Tym razem nie będą ziewać i to jest także istotny pożytek. Czy trzeba czegoś więcej?

Autor tekstu: Rafał Zalubowski
Data publikacji: 9.11.2021 r.

Przeczytaj także…

Polecamy książki dla dzieci – 24. Międzynarodowe Targi Książek w Krakowie

Parę słów o targach wraz z listą książkowych zdobyczy dla najmłodszych czytelników

Okres epidemii nie tylko ograniczył nam kontakty z najbliższymi oraz znajomymi, ale również pozbawił uczestnictwa w wielu interesujących wydarzeniach: między innymi w popularnych Międzynarodowych Targach Książek, które w tym roku obywają się po raz 24. Po dłuższej przerwie wydarzenie wróciło, w Krakowie, do tradycyjnej, stacjonarnej formy.
Tym bardziej cieszę się, że zdecydowałyśmy się na tę jednodniową wycieczkę, w poszukiwaniu pięknie zilustrowanych książek dla najmłodszych czytelników.

Continue reading „Polecamy książki dla dzieci – 24. Międzynarodowe Targi Książek w Krakowie”

Wywiad z Asią Płonką

Absolwenci Szkoły Rysunku Zalubowski –
rozmowa z Asią Płonką

[Przyznam, że] bardzo lubię historię architektury, o czym przekonałam się podczas kursu rysunku oraz nauki do matury z historii sztuki. Podoba mi się poznawanie budynków i ich historii z poszczególnych epok. Na studiach jednak przedmiot ten zaczyna się na drugim roku, a obecnie mam już za sobą architekturę współczesną, która tak samo przypadła mi do gustu.

Asia Płonka

Zapraszamy do przeczytania kolejnego wywiadu z naszymi utalentowanymi absolwentami. Tym razem odpowiedzi na pytania udzieliła nam studentka pierwszego roku architektury na Politechnice Krakowskiej – Asia Płonka. 

Continue reading „Wywiad z Asią Płonką”

Rozmowa z Adamem Żądło

Absolwenci Szkoły Rysunku Zalubowski – Rozmowa z Adamem Żądło

Szkoła Rysunku Zalubowski zawsze będzie w specjalnym miejscu w moim sercu. Dała mi solidne, artystyczne podstawy dalece wykraczające poza samą umiejętność rysowania – nauczyła obserwacji, wrażliwości, fascynowania się prostymi aspektami codzienności.

Adam Żądło

Z pewnością większość z Was kojarzy naszego absolwenta – Adam Żądło – z licznych publikacji jego prac na profilach Szkoły Rysunku Zalubowski. Wcale nie tak dawno, bo w kwietniu cieszyliśmy się z wygranej jego filmu dokumentalnego – Solar Voyage na Krakowskim Międzynarodowym Festiwalu. Wtedy mieliśmy okazję poznać Adama w nieco innej roli – jako reżysera. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji aby podpytać Adama o szczegóły jego filmowego debiutu i plany na przyszłość.

Zapraszamy do przeczytania tej niezwykle interesującej rozmowy, obejrzycie również kadry z filmu Solar Voyage i wizualizacje z projektu VR. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem!

Fragment z Solar Voyage w reżyserii Adama Żądło

Anna Daniszewska: Mimo młodego wieku masz już sporo sukcesów na swoim koncie. Jesteś zwycięzcą, finalistą oraz uczestnikiem kilkudziesięciu międzynarodowych festiwali, konkursów i wystaw. W 2016 roku zostałeś finalistą konkursu Sony World Photography Awards, a w tym roku Twój film dokumentalny Solar Voyage został dostrzeżony na Krakowskim Międzynarodowym Festiwalu. To tylko niektóre Twoje projekty, a lista jest dłuższa. W jaki sposób osiągnąłeś taki sukces? Masz jakieś rady dla artystów audiowizualnych oraz reżyserów filmów animowanych stawiających pierwsze kroki w wymienionych obszarach?

Adam Żądło: Rozwijając się artystycznie pamiętajcie, żeby zgłaszać się na konkursy i festiwale. Ja zawsze robiłem to w soboty – regularnie, czasem zajmowało to nawet kilka godzin (odpowiednio zredagowane opisy, wybór prac, wgrywanie ich na serwery, przygotowanie ich do wysyłki). Poczucie krajowej lub globalnej konkurencji dawało mi motywacyjnego kopa i podnosiło jakość finalnych realizacji. Oglądanie na bieżąco zgłoszeń i selekcji jury (wyniki konkursów, wystaw, festiwali) daje dobry wgląd w trendy, uczy nowych styli, dostarcza nowych pomysłów – wiele można podpatrzeć. Nie chodzi o to, żeby się wstrzelić w chwilowy trend (zwykle, kiedy da się go zaobserwować na festiwalu/konkursie jest już za późno, żeby zrobić kolejne prace w takim duchu), ale zdobyć świadomość własnej odrębności, mocnych stron i słabszych stron oraz nauczyć się promować własną sztukę.

Fragment z Solar Voyage w reżyserii Adama Żądło

A.D.: Skąd pomysł na „Solar Voyage”? Czym się inspirowałeś podczas tworzenie tego filmu dokumentalnego?

A.Ż.: Bohaterem. Mirek jest unikalny. Mnogość wątków i wielowymiarowość tego człowieka często mnie przerastała. W 18 minutach Solar Voyage starałem się uchwycić 60 lat życia człowieka, którego życiorysem można by obdarować kilkoro ludzi. Forma filmu jest nietypowa dla dokumentu. Nielinearna narracja, elementy teledysku, trailera, rejestracji dokumentalnej, timelapsu, animacji, inscenizacji, aktorstwa, wypowiedzi z off-u i z wideo, piosenki, dynamiczne zmiany narratora… Konstrukcja jest złożona, ma na celu odtworzenie charakteru Mirka: jego sposobu myślenia, pasji oraz nieustającego balansowania na granicy rzeczywistości i fantazji. Chciałem stworzyć filmowy portret jego umysłu.

Plakat do filmu Solar Voyage


A.D.: Jak długo trwały prace nad powstaniem Solar Voyage? Jakie elementy były najbardziej czasochłonne i trudne?

A.Ż.: Ponad 2 lata – o rok dłużej, niż zakładałem. Produkcja dokumentu była syzyfową pracą. Mirek nie akceptował bycia nagrywanym przez nikogo oprócz mnie – jego krewnego i dalszego sąsiada. W związku z tym materiał był nieprofesjonalny, a sam bohater podczas filmowania często uciekał z kadru. W końcu stworzył teorię spiskową i w połowie produkcji zrezygnował z dalszych zdjęć i wypowiedzi. Zgodził się jedynie na użyczenie swojego życiorysu, wcześniej nagranych wypowiedzi i piosenek, ale pod warunkiem, że podmienimy jego imię i nazwisko (Mirek Lech to pseudonim) oraz jego twarz nie pojawi się w filmie. Mirka zastępują więc wspaniali aktorzy: Krzysztof Piątkowski i Jacek Łukaszewski. Nigdy nie myślałem, że będę musiał zrobić coś tak absurdalnego jak casting do filmu dokumentalnego – ani, że będę musiał nauczyć się współpracy z aktorami. Ich pojawienie się też trzeba było zręcznie wpleść w konwencję filmu. Młodszy aktor jest odzwierciedleniem tego jak Mirek postrzega sam siebie – pojawia się, gdy bohater przejmuje narrację. Starszy występuje gdy narrację prowadzę ja lub sąsiedzi – wygląda jak bohater obecnie. Niewiarygodne, relacjonowane przez Mirka opowieści z podróży po Afryce i Indiach (nagrania głosowe) zrekonstruowałem za pomocą animacji i teatralnej inscenizacji.


Przykładowa wizualizacja projektu VR, autor: Adam Żądło
Przykładowa wizualizacja projektu VR, autor: Adam Żądło

A.D.: Nad czym aktualnie pracujesz? Jakie kolejne projekty Twojego autorstwa będziemy mogli zobaczyć na wielkich ekranach?

A.Ż.: Pracuję nad doświadczeniem w VR (Virtual Reality w 3D – tworzymy adaptację Jaskini Platona) oraz grą komputerową (platformówka w naszym autorskim, rozbudowanym Uniwersum). Motywacją do sięgnięcia po VR było pytanie: „czy można doświadczyć filozofii w pełniejszy sposób, za pomocą wszystkich zmysłów?” Każąc odbiorcy w VR fizycznie pływać, wspinać się i eksplorować chcemy zbadać relacje refleksji i ciała. Budując multimedialne doświadczenie wymagające nie tylko wysiłku umysłowego, ale i fizycznego, staramy się podkreślić przeżyciowy charakter filozofii. Nad grą komputerową pracujemy w innym zespole już ponad 2 lata, po pracy i w weekendy. Nareszcie mamy gotowy pakiet producencki i wkrótce zajmiemy się nią priorytetowo. Właśnie wysłałem zgłoszenie na program inkubacji, w opisie napisałem o grze, że jest „mroczną przygodą w kosmosie z intrygującym światem, czarnym humorem, piękną przyrodą, odrobiną psychodeliczności i zróżnicowanymi postaciami”. Mamy świetny zespół. Gra zapowiada się nie tylko rozrywkowo – staramy się ze wszystkich sił, żeby była też wartościowym i pięknym audiowizualnym przeżyciem.


A.D.: Co lubisz najbardziej w swojej pracy?

A.Ż.: Wyzwania! To, jak bardzo bycie artystą testuje i rozwija mnie jako człowieka. Otworzyłem się na współpracę z ludźmi (wcześniej byłem skrajnym indywidualistą), uczy mnie pokory (sukcesy – jak się okazało – są prostą receptą na narcystyczne zachowania) i daje dziesiątki powodów, by z energią wyskakiwać z łóżka.

A.D.: Jak wspominasz zajęcia w Szkole Rysunku Zalubowski? W jaki sposób wykorzystujesz to czego nauczyłeś się w Szkole w obecnej pracy?

A.Ż.: Szkoła Rysunku Zalubowski zawsze będzie w specjalnym miejscu w moim sercu. Dała mi solidne, artystyczne podstawy dalece wykraczające poza samą umiejętność rysowania – nauczyła obserwacji, wrażliwości, fascynowania się prostymi aspektami codzienności. Szkicowanie pomysłów, kompozycja fotografii, rysowanie scenopisów animacji i scenariuszy to pierwszy etap pracy nad każdą moją realizacją. Referencyjne sceny dla operatora kręcącego Solar Voyage, scenopis gry dla programisty i scenariusz doświadczenia VR dla producenta też najpierw narysowałem – dzięki temu ludzie z którymi współpracowałem lepiej rozumieli do czego dążymy. Rysunek nie jest już co prawda dla mnie medium bezpośredniego artystycznego wyrazu, ale stał się chyba czymś jeszcze ważniejszym: podstawą komunikacji i twórczego myślenia.

Fragment z Solar Voyage w reżyserii Adama Żądło

A.D.: Jakie są Twoje marzenia zawodowe? Czy chciałbyś poświęcić się całkowicie reżyserii?

A.Ż.: Mam bardziej cele i kolejne fascynacje niż marzenia. Po powstaniu Solar Voyage faktycznie zacząłem się przedstawiać jako „reżyser”. Jednak przy każdym kolejnym przedsięwzięciu moja funkcja jest nieco inna. Prawdopodobnie za rok będę bardziej „człowiekiem gamedevu” lub „twórcą od Wirtualnej Rzeczywistości”. Kto wie, trzymajcie kciuki!

A.D.: Dziękuję za rozmowę.

Trzymamy mocno i życzymy powodzenia!

Data publikacji: 21.09.2021 r.

Przeczytaj także…